Antoni Wit – kapitan niezawodny

Filharmonia Krakowska
Niewielu zostało dziś w Polsce wielkich dyrygentów, którzy byliby gwarancją najwyższej artystycznej jakości, ale i bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa? Tak, bo jeśli znajdziemy się z nimi na „pokładzie”, to nie dość, że możemy być pewni, że nic złego nam nie grozi, to jeszcze możemy liczyć, że zostaniemy zabrani w podróż pełną estetycznych wrażeń. Taką osobą jest z pewnością Antoni Wit, który jako 72-letni artysta przeżywa właśnie swoją drugą młodość, a swoją energią, wigorem i przede wszystkim charyzmą, spokojnie mógłby obdzielić kilku młodych dyrygentów.

W grudniu miałem okazję posłuchać jak dyryguje aż trzykrotnie (Orkiestrą Filharmonii Krakowskiej, Orkiestrą Symfoniczną Akademii Muzycznej w Krakowie i Orkiestrą Teatru Wielkiego w Łodzi) i za każdym razem były to kreacje interesujące i zapadające w pamięci. Postanowiłem podzielić się dwiema pierwszymi. 9 grudnia Antoni Wit zastąpił w Krakowie innego wielkiego dyrygenta – Stanisława Skrowaczewskiego, któremu stan zdrowia nie pozwolił na przyjazd do Polski. Jako dyrygent honorowy Filharmonii Krakowskiej, Wit poprowadził wykonaniami Koncertu na rożek angielski S. Skrowaczewskiego i VII Symfonii E-dur Antona Brucknera. Wprowadzeniem do muzyki miała być poezja, która zawitała do Filharmonii za sprawą nowego cyklu „koncerty z gościem specjalnym”, który zainaugurował sam Adam Zagajewski. Miałaby być, ale nie była, bo jak się okazało, zamiast intymnej atmosfery otrzymaliśmy szkolną akademią. Wybitny poeta w towarzystwie orkiestry na scenie, na stojąco przy rozświetlonej sali odczytał dwa swoje wiersze, w tym jeden o Beethovenie, drugi o Brucknerze, po czym usłyszeliśmy komunikat o wyłączeniu telefonów komórkowych. Cóż, niezręcznie to wyszło, zwłaszcza w stosunku do samego poety. Po prostu zmarnowana szansa. Miłym gestem było wykonanie Koncertu na rożek i orkiestrę Skrowaczewskiego. Polskie prawykonanie utworu odbyło się w maju 1999 roku w Filharmonii Krakowskiej pod batutą kompozytora, który pierwszy raz od transformacji odwiedził wówczas Polskę. Zarówno wtedy, jak i teraz partię solową wykonał wybitny oboista Mariusz Pędziałek. Mimo walorów brzmieniowych jakie daje rzadko słyszany rożek angielski, kompozycja Skrowaczewskiego wydała mi się trywialnie mówiąc męcząca. Na szczęście nie można tego powiedzieć o Siódmej Brucknera, która zrekompensowała wszystko. Pod wodzą Wita Orkiestra Filharmonii Krakowskiej nabrała prawdziwego blasku. Dyrygentowi udało się wykrzesać z orkiestry to, czego często jej brakuje, czyli entuzjazm. I choć chwilami było może zbyt głośno, to radością było słuchanie idealnie brzmiącej blachy.
Ze zdziwieniem stwierdzam, że jeszcze większą radością było słuchanie Orkiestry Symfonicznej Akademii Muzycznej w Krakowie, którą dwa dni później, również w Sali Filharmonii pokierował Maestro Wit. Sam już pomysł, by tej klasy dyrygent poprowadził uczelniany koncert był strzałem w dziesiątkę. Jeśli młodzi mają się uczyć, to niech mają możliwość obcowania z największymi. Jako pierwsza w programie zabrzmiała III Symfonia koncertująca na skrzypce, altówkę, wiolonczelę, fortepian i orkiestrę Aleksandra Tansmana. - Jego życiorys mógłby stać się tematem niejednego filmu, niejednej powieści, ale gdyby zapytać o niego w sondzie ulicznej, odpowiedź z pewnością brzmiałaby: Tansman? A kto to taki? Przez całe lata milczano o nim w kraju. Tymczasem na całym świecie grywano jego utwory, które publiczność przyjmowała owacyjnie, a krytycy – z uznaniem – napisał w 1996 roku na łamach „Życia Warszawy” Andrzej Wróblewski. Dziś byłoby pewnie podobnie, gdyby nie to, że twórczość Tansmana jest jednak obiektem badań muzykologicznych, a dzięki takim jak artystom jak choćby Marek Szlezer i Jan Kalinowski, coraz częściej gości na estradach świata. Jak wiadomo los kompozytorów emigracyjnych jest ciężki, ale myślę, że obecny czas sprzyja odkrywaniu, należytym docenieniu i wreszcie popularyzowaniu ich twórczości, czego przykładem jest muzyka Mieczysława Wajnberga, Andrzeja Czajkowskiego i właśnie Aleksandra Tansmana. Jednym koncertem nie zmienimy świadomości melomanów, ale szeregiem takich „codziennych” działań już owszem. Skomponowana w 1931 roku utrzymana w nurcie neoklasycznym III Symfonia dedykowana została Królowej Belgów Elżbiecie. Utwór Tansmana to przede wszystkim feeria barw i kolorów, bogactwo rytmów i mistrzowska orkiestracja. Wspaniali soliści, czyli Piotr Tarcholik – skrzypce, Maciej Lulek – skrzypce, Aneta Dumanowska – altówka, Jan Kalinowski – wiolonczela i Marek Szlezer – fortepian, z towarzyszeniem orkiestry batutą Wita, wydobyli z dzieła wszystkie te kolory, sugerujące związki z muzyką Prokofiewa, Ravela i Gershwina. Szczególnie gershwinowsko zabrzmiała taneczna część druga, czyli odwołujące się do amerykańskiego rodowodu – Tempo americano. Całe wykonanie określiłbym jednym słowem - fajerwerk. Po przerwie przyszła pora na kompozytora, który zdaje się dopiero teraz, zaczyna być na nowo odkrywany i należycie doceniany. Większe zainteresowanie twórczością Mieczysława Karłowicza wiąże się z jednej strony prozaicznie, z rocznicą 140. urodzin kompozytora, z drugiej zaś ze wzrastającą świadomością muzycznej spuścizny fin de siècle. Stąd właśnie także i ten koncert, który otworzył organizowane przez Akademię Muzyczną 5. Dni Muzyki, tym razem poświęcone właśnie osobie Karłowicza.
Jako pierwszy zabrzmiał Koncert skrzypcowy A-dur, pochodzący z wczesnego okresu twórczości Karłowicza. Utwór został prawykonany podczas koncertu w Berlinie 21 marca 1903 roku, którym dyrygował sam kompozytor. Dzieło zawiera jeszcze silne wpływy muzyki Piotra Czajkowskiego, co w żaden sposób nie ujmuje jego walorom. Jest wzruszające i imponujące pod względem warsztatu kompozytorskiego. Piotr Tarcholik, na co dzień pierwszy koncertmistrz NOSPR-u, wykonał Koncert technicznie bez zarzutu. W jego interpretacji zabrakło mi jednak należytej ekspresji i indywidualnego rysu, chwilami raziła mnie też niedoskonała intonacja. Po tym wykonaniu, Piotr Tarcholik razem z Maciejem Lulkiem i towarzyszeniem kwintetu, zaskoczyli publiczność nieujętym w programie punktem, jakim był muzyczny hołd złożony zmarłej 22 listopada prof. Teresie Głąbównej, wybitnej skrzypaczce i pedagog Akademii Muzycznej w Krakowie. W wykonaniu na dwoje skrzypiec usłyszeliśmy słynną arię Erbarme dich z Pasji Mateuszowej J. S. Bacha. Był to niewątpliwie wzruszający akcent wieczoru. Na koniec akademicka orkiestra kierowana silną ręką Maestro Wita wykonała Odwieczne pieśni, czyli poemat symfoniczny 30-letniego Karłowicza, który stał się pierwszą w pełni osobistą muzyczną wypowiedzią kompozytora. Na dzieło z autobiograficznym, psychologiczno-filozoficznym wręcz programem składają się trzy rozpisane na orkiestrę „pieśni” – o wiekuistej tęsknocie, miłości i śmierci oraz o wszechbycie. Pod batutą Wita poemat wykonany przez młodych muzyków zabrzmiał niezwykle interesująco i dojrzale. Mam nadzieję, że za dziesięć lat, kiedy to będziemy obchodzić 150. rocznicę urodzin Karłowicza, ten tragicznie i przedwcześnie zmarły kompozytor doczeka się nie tylko swojego „roku”, ale i miejsca wśród wielkich symfoników.
A wracając do koncertu, gratuluję młodym muzykom wewnętrznego skupienia, koncentracji i wykonawczej dojrzałości. Jak się okazuje, takie międzypokoleniowe spotkania działają mobilizująco na obie strony i owocują ożywczymi interpretacjami. Takich kapitanów za sterem życzę w nowym roku wielu orkiestrom. Cóż mogę życzyć Antoniemu Witowi? Na pewno nie energii i zapału, bo patrząc na jego ostatnie koncerty widać i słychać, że na ich brak nie narzeka. Życzę więc kolejnych estetycznych wzruszeń i wielu międzypokoleniowych spotkań.
Trwa ładowanie komentarzy...