Stuhr w Operze, czyli ożywcza siła debiutu

Jerzy Stuhr wzorem swojej koleżanki Krystyny Jandy postanowił spróbować swoich sił jako reżyser operowy. Trochę się bałem. Po premierze "Don Pasquale" Gaetana Donizettiego w Operze Krakowskiej muszę jednak przyznać, że efekt jest zaskakujący. Dawno bowiem nie widziałem na krakowskiej scenie spektaklu tak żywego, pełnego lekkości, dopracowanego w każdym calu, wewnętrznie spójnego, a przy tym autentycznie śmiesznego.

Znany z zamiłowania do włoskiej kultury Stuhr idealnie odnalazł się w gatunku opery buffa, eksponując zręcznie wszystkie smaczki z doskonałego skądinąd libretta autorstwa Giovanniego Ruffiniego. Historia safanduły Don Pasquale, który mimo sędziwego wieku postanawia pójść do ołtarza z podsuniętą mu przez znajomego doktora młódką, przedstawiona jest w sposób tradycyjny. I to okazało się być strzałem w dziesiątkę. Oto otrzymujemy solidną i bezpretensjonalną farsę, nad którą unosi się Molierowski duch.
Jest tu wszystko to, czego zabrakło w zrealizowanym w poprzednim sezonie Rossiniowskim Turku we Włoszech w reż. W. Nurkowskiego, który nie dość, że nie bawił, to w swym nadmiarze wszystkiego i zbytnim przerysowaniu, chwilami ocierał się wręcz o cyrk. W Don Pasquale Stuhr postawił z jednej strony na proste środki, z drugiej, jako wytrawny aktor zadbał o jakość aktorskiej gry. Warunkiem postawionym przez reżysera był casting do roli Noriny, który przeprowadzono z powodzeniem w Operze Krakowskiej. Dzięki tej słusznej decyzji w roli młodej wybranki, dla której starzec traci głowę, możemy podziwiać piękne solistki: Australijkę Alexandrę Flood, a w II obsadzie Polkę Annę Wolfinger.
Co jakiś czas reżyser puszcza do nas oko, przypominając o umowności gatunku. Tak jest w scenach, w których uczestniczą Doktor Malatesta (Mariusz Kwiecień) i Don Pasquale (Grzegorz Szostak), wtedy także, gdy na scenę ni stąd, ni zowąd wchodzi otoczony swymi modelami XVIII-wieczny Karl Lagerfeld, albo kiedy zrobione z żywopłotów figury szachowe nagle zaczynają się ruszać. Podczas piątkowej premiery największą niespodzianką był też udział samego Stuhra, który ku uciesze publiczności wystąpił w roli Notariusza. Podczas premiery niedzielnej tę partię zaśpiewał Krzysztof Dekański.
Świetny aktorsko był cały kwartet solistów. Wspaniale wypadł ulubiony baryton nowojorskiej, ale i krakowskiej publiczności - Mariusz Kwiecień, dla którego Doktor Malatesta to jedna z popisowych ról, które zdążył wykreować w najważniejszych teatrach operowych świata. Występy Kwietnia w Krakowie to zawsze wielkie wydarzenie, zwykle jednak było tak, że śpiewak był najjaśniejszą częścią obsady. Tym razem, z czego można się tylko cieszyć, znalazł on wspaniałych, godnych jego talentu scenicznych partnerów. Brawa należą się Grzegorzowi Szostakowi, który zachwycał nie tylko swoim basem, ale i niesamowitą vis comica. Cudownie było słuchać duetu Kwietnia i Szostaka (Cheti, cheti), który dwukrotnie brawurowo wykonali przy opuszczonej kurtynie, skupiając na sobie cała uwagę publiczności. Po raz kolejny swą wysoką pozycję potwierdził Andrzej Lampert, który świetnie wypadł w roli Ernesta. W pamięci zapadła mi zwłaszcza zaśpiewana z uczuciem serenada Com'è gentil. Po tym spektaklu stwierdzam, że Lampert wyrasta na jednego z najlepszych polskich tenorów. Pełna dziewczęcego blasku Alexandra Flood (Norina) pod względem aktorskim była bez zarzutu. Jej strojenie min i kaprysy wywoływały od razu uśmiech na twarzy. Wokalnie było jednak słabiej. Wolumen jej głosu jest niestety zbyt mały. W ansamblach Flood miała problem z przebiciem się przez kolegów, a chwilami jej jasno brzmiący i szklisty głos był wręcz niesłyszalny. Choć posiada ona odpowiednią skalę i możliwości głosowe, to brak jej technicznej swobody. Czysto i pięknie zabrzmiał Chór Opery Krakowskiej, po raz pierwszy przygotowany przez nowego kierownika Jacka Mentla. Dobrze, może poza partią trąbki, brzmiała kierowana przez Tomasza Tokarczyka orkiestra, zwłaszcza w uwerturze. Uroczo wypadło trio muzyczne, złożone z dwóch gitarzystów (Patryk Bała i Marcin Herman) oraz grającej na tamburynie Żanety Seweryn. Podobały mi się kostiumy przygotowane przez niezawodną Marię Balcerek, zwłaszcza kreacja Don Pasquale, Doktora Malatesty, przewrotnie klasyczne stroje chóru, błyszczące czarne płaszcze Noriny i Ernesta oraz barokowe peruki. Sprawdziła się inspirowana Pompejami, przepełniona odważnymi kolorami scenografia debiutującej w Operze Krakowskiej 23-letniej Alicji Kokosińskiej. Ciekawym zabiegiem była zaproponowana przez nią podłoga szachowa, podobało mi się także stworzone przez nią rzymskie atrium.
Jerzemu Stuhrowi udało się zrobić wartki spektakl bez absolutnie żadnych dłużyzn, w którym każdy gest i spojrzenie ma swoje uzasadnienie, a każdy śpiewak, łącznie z śpiewakami chóru, wie dokładnie kogo i jak ma grać. Po takiej dawce humoru okraszonego szczyptą ironii i podanego za pomocą pięknego bel canta, mogę powiedzieć tylko: Panie Profesorze, prosimy o więcej! Don Pasquale w Operze Krakowskiej polecam wszystkim, szczególnie zaś Panom w wieku głównego bohatera, którym marzą się na starość dużo młodsze partnerki.

Gaetano Donizetti - DON PASQUALE
reż. Jerzy Stuhr
kier. muz. Tomasz Tokarczyk
Premiera: 2, 3, 4 grudnia, Opera Krakowska
Trwa ładowanie komentarzy...